niedziela, 31 lipca 2011

Alternatywne jest trendy!

Autorem artykułu jest K_jach



Tak trudno jednoznacznie zakwalifikować danego artystę jako muzyka alternatywnego, a trudności dodaje jeszcze fakt, że istnieje zauważalny trend, polegający na tym, że każdy wykonawca chciałby być w ten właśnie sposób zaklasyfikowany. Bycie alternatywnym to bycie na czasie!

Jaki rodzaj muzyki możemy w dzisiejszych czasach nazwać alternatywnym? W świecie postmodernistycznym, kiedy wydaje się, że w muzyce słyszeliśmy już wszystko, wszystko zostało zagrane, zaśpiewane i nagrane, ciągle jednak istnieje kategoria: muzyka alternatywna.
Tak trudno jednoznacznie zakwalifikować danego artystę jako muzyka alternatywnego, a trudności dodaje jeszcze fakt, że istnieje zauważalny trend, polegający na tym, że każdy wykonawca chciałby być w ten właśnie sposób zaklasyfikowany. Bycie alternatywnym to bycie na czasie! Z drugiej strony, każda działalność alternatywna kojarzy się z tzw. "działalnością podziemną", niedochodową. Czy można powiedzieć o jakimkolwiek z dzisiejszych wykonawców, że nagrywają albumy, które się nie sprzedają i produkują nie przynoszące zysków utwory? Przyznajmy szczerze, muzykom chyba nie powodzi się najgorzej, nawet tzw. muzykom alternatywnym. Widać to przede wszystkicm w teledyskach amerykańskich gwiazd hip- hopu, na których raperzy z dumą prezentują swoje kolekcje limuzyn, willi czy innych drogich przedmiotów, pokazując przy tym rząd złotych zębów szczerzących się w udawanym, pogardliwym uśmiechu, zdającym się mówić:"A Ty co osiągnąłeś w swoim życiu? Ja jestem obrzydliwie bogaty, a Ty? Czym Ty się pochwalisz?

Możemy więc wnioskować, że dziś termin: "alternatywny" stracił swoje pierwotne znaczenie, bądź też odwrotnie: zyskał nowe, choć chyba nie do końca jednoznaczne i przez wszystkich zrozumiałe...

---

Artykuł pochodzi z serwisu Publikuj.org, kliknij tutaj aby go zobaczyć.

Eric Clapton - krótka historia

Autorem artykułu jest Muzyczek



Eric Clapton był przez wielu za światowy autorytet w dziedzinie gry na gitarze. Jego historia to jedna z tych które opowiadają o ponadczasowej muzyce...

...dzięki której Clapton jest czczony przez fanów z kilku pokoleń. Jego życie jest jednym z tych gdzie walczy się ze smutkiem, a jego muzyka jest postrzegana przez wielu jego fanów jako jego osobiste zwycięstwo nad ciężką sytuacją w której się znajdował.

Dzieciństwo

Clapton urodził się w 1945 w Anglii, choć na początku tak naprawdę nie wiedział kim byli jego rodzice. Dowiedział się dopiero w późniejszym okresie dzieciństwa. Jego ojciec był Kanadyjczykiem, który wrócił do Kanady po II wojnie światowej, a jego matka do niego dołączyła. Eric był wychowywany przez dziadków, którzy według niego byli jego prawdziwymi rodzicami. Clapton myślał, że jego prawdziwa matka to jego siostra ponieważ dziadkowie chcieli go uchronić od piętna bycia bękartem.

Clapton po raz pierwszy zainspirował się muzyką jako młody nastolatek, gdy oglądał w telewizji występ Jerry Lee Lewis, i tego dnia narodziła się jego miłość do bluesa. Uczęszczał do szkoły z myślą o zdobyciu zawodu projektanta szkła barwionego, jednak w wieku 17 lat został wyrzucony za granie na gitarze w klasie. Incydent ten sprawił że Clapton poświęcił się muzyce

Wczesna kariera

Clapton dorabiał w różnych miejscach podczas nauki i grania bluesa. W 1963 roku dołączył do zespołu Yardbirds, w którym grali trzej gitarzyści - Clapton, Jimmy Page, Jeff Beck. Zespół stał się popularny dzięki hitowi Smash i był znany z bluesowego stylu i nitowania melodii gitary. Jednak Clapton był rozczarowany rozwojem zespołu w kierunku rock and rolla, i opuścił zespół w 1965 roku.

Następny rok Clapton spędził z niezwykle popularnym zespołem Bluesbreakers, ale w 1966 roku postanowił założyć własny zespół - Cream.

Dotarcie do potencjalnych

Cream był jednym z bardziej znanych i lubianych zespołów na świecie, i każdy z ich albumów był wielkim hitem. Cream traktowany na równi z takimi zespołami jak The Rolling Stones i The Beatles. Trio nagrało trzy albumy zanim podjęli decyzję o zakończeniu wspólnego muzykowania wydając Goodbye w 1969 roku. Było wiele powodów, dla których zespół mógł się rozpaść ale nadużywanie narkotyków i starcia ego były postrzegane jako główne z nich.

Następnego roku Clapton został członkiem pierwszej rockowej super grupy, kiedy rozpoczął współpracę ze Steve Winwood, Ric Grech i Ginger Baker. Choć zespół wydał tylko jeden album - Blind Faith wspiął się na pierwsze miejsca na północnoamerykańskim listach Billboard . Album sprzedaje się do dnia dzisiejszego.

Kariera solo

Po wszystkich doświadczeniach w zespołach, Clapton postanowił działać na własną rękę, co później okaże się bardzo mądrą decyzją. Jednak wpierw Clapton musiał pokonać uzależnienie od narkotyków, co było nie lada wyzwaniem. Gdy mu się udało od tego uciec, szybko wrócił do tego co kochał najbardziej, i wydał album zatytułowany 461 Ocean Boulevard w 1974 roku. Album zawierał cover Boba Marleya "I Shot The Sheriff" który nie tylko pomógł odnieść Claptonowi sukces, ale w ogromnym stopniu wpłynął na popularność muzyki reggae.

W ciągu ostatnich 30 lat Clapton wydał 15 albumów studyjnych, które zawierają utwory uważane przez wielu za hymny, w tym takie mega hity jak "Knockin 'on Heaven's Door", "Lay Down Sally", "Cocaine "i" Wonderful Tonight ".

Wyniki jego pracy to coś więcej niż miliony sprzedanych płyt i dziesiątki milionów wiernych fanów. Jest jedynym artystą wpisanym do Rock and Roll Hall of Fame trzy razy, zdobył kilka nagród Grammy i jest znany ze swoich umiejętności gry na gitarze w każdym kraju na świecie. Nigdy nie straciła miłości do bluesa i nadal przyprawia o dreszcze tłumy pisenkami, które zostały napisane w ciągu dziesięcioleci, a każdy, kto ma okazję zobaczyć go na żywo uważa to za przywilej i zaszczyt.

 

---

BisMusic

GOlyzna


Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Bob Marley - duchowy mentor

Autorem artykułu jest Muzyczek



Dla każdego z nas, urodzonych w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, lub osiemdziesiątych legenda Boba Marleya nabiera innego znaczenia, obfituje w spokojną miłość, regenerację duchową, a nawet na końcu w melancholię (rak zabija Marleya).

Dla niektórych z nas, Marley był o genialnym ożywieniem muzyki reggae o bardzo głębokich tekstach, dla innych był akompaniamentem do nauki, poszukiwania siebie, czy, a dla jeszcze innych Marley był czystą miłością. Legenda Boba Marleya zaczęła się z nim i kontynuujemy ją my wszyscy którzy go pamiętamy.

Bob Marly Legend

Mówimy o Legendzie Boba Marleya ponieważ jest to człowiek, o którym można powiedzieć, że stworzył własną subkulturę. Jest swego rodzaju ikoną reggae, jedyną i niepowtarzalną.Poprzez swoją muzykę i głębokie, chwytające za serce teksty wpłynął na życie wielu ludzi. Wydał mnóstwo płyt które trafiły do milionów słuchaczy. Przyczynił się do ewolucji muzyki reggae inspirująć i zrzeszając przyszłe pokolenia muzyków tego gatunku.


Mówimy o Legendzie Boba Marleya ponieważ spopularyzował reggae, które zaczęło być słuchane nie tylko w Afryce i na Jamajce ale na całym świecie. Przedstawił różniące się od innych synkopowane brzmienie Back Beat okraszone przez miękkie i falujące słowa takie jak te z "No Woman, No Cry" i "Is This Love ...?"


Mówimy o Legendzie Boba Marleya, ponieważ wieczny lider reggae uczynił Rastafarianów szanowanym i sprawiedliwie traktowanym ruchem. Marley towarzyszył nam od zawsze ze swoimi słowami i muzyką. Pomagał nam się zrelaksować, i uświadomić co tak naprawdę jest w życiu ważne. Utwierdzał nas w potrzebie miłości jedności i braterstwa. Uczył szacunku do bliźniego i tego jak ważna jest godność ludzka. Dla wielu z nas był guru i mentorem.

 

 

---

BisMusic

GOlyzna


Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

piątek, 29 lipca 2011

Nowy, irlandzki Dylan

Artykuł poświęcony wschodzącej gwieździe wyspiarskiego folku Fionnowi Reganowi, mającemu na koncie dwie świetnie przyjęte przez recenzentów płyty.
Nowy, irlandzki Dylan
Naród irlandzki w wielką ufnością i nadzieją spogląda w przyszłość. Przynajmniej tak piszą na swoich stronach internetowych publicyści i blogerzy. Wszystko w związku z premierą płyty "The Shadow of an Empire" autorstwa folkowego śpiewaka Fionna Regana pochodzącego z Bray w hrabstwie Wicklow. Irlandzki artysta pojawił się na scenie już w 2002 roku, jednak w ciągu 7 poprzednich lat zdołał wydać zaledwie jeden długogrający album - "The End of History". Na usprawiedliwienie muzyka warto zauważyć, że debiutancki krążek piosenkarza jest dziełem nie byle jakim – najlepiej sprzedający się dziennik w Republice Irlandii Irish Independent uznał "The End of History" za najlepszy irlandzki album wydany w 2006 roku; jurorzy przyznający Nagrodę Mercury też docenili kunszt kompozytorski i wykonawczy młodego Irlandczyka (choć w tym przypadku skończyło się tylko na nominacji do tej prestiżowej nagrody – wyróżnienie zgarnęła taneczna grupa Klaxons za debiutanckie dzieło "Myths of the Near Future"). Dziennikarze porównują sytuację irlandzkiego barda do stanu w jakim znalazł się Bob Dylan w 1965 roku po wydaniu słynnego krążka "Bringing It All Back Home" oraz po koncercie jaki dał podczas folkowego festiwalu w Newport. "Bringing It All Back Home" to po części płyta elektryczna, z kolei występ w Newport zbulwersował fanów folku, ponieważ Dylan wystąpił tam z elektryczną grupą rockową. Zdenerwowany guru muzyki folk Pete Seeger stwierdził, że gdyby miał siekierę to by poprzecinał Dylanowi kable od gitar, po to by przerwać tę żałosną farsę. Faktem jest też jednak to, że występ w Newport zmienił bieg muzyki rozrywkowej – od tego momentu wiele kapel folkowych zaczęło się elektryfikować; z kolei bohater całego zamieszania Bob Dylan stał się ikoną muzyki pop XX wieku: dwa kolejne krążki muzyka: "Highway 61 Revisited" oraz "Blonde on Blonde" są powszechnie uznawane za jedne z najwybitniejszych wydawnictw muzycznych jakie zostały kiedykolwiek nagrane. Fionn Regan prezentował dotychczas bardzo spokojne piosenki, zaaranżowane głównie na gitarę akustyczną. Drugi album artysty "The Shadow of an Empire" to rzecz z zupełnie innej beczki. Co prawda dalej jest to muzyka folk, jednak bardzo zelektryfikowana, dynamiczna i przebojowa. Już pierwszy singiel wytypowany do promocji dzieła "Catacombs" zaskakuje pomysłowością oraz poziomem wykonania. Jednak z tego typu albumów nagranych przez mało popularnych twórców zapamiętuje się tylko momenty wielkie, ponadprzeciętne. "The Shadow of an Empire" ma kilka fragmentów wybitnych, zasługujących na wielką uwagę: "Coathook", "Violent Demeanour" oraz "Lord Help My Poor Soul". Mimo tego że płyta jest żywa, energetyczna to dwa ostatnie z wyżej wymienionych kawałków są spokojniejsze i bardzo nastrojowe – chyba w takich klimatach najlepiej czuje się ten niezwykle utalentowany artysta.

Autor tekstu: August Ciechociński

Wskrzeszenie Łazarza i cuda pana Cave'a


Nick Cave to artysta niezwykły, mający na koncie książki, tomik poezji, scenariusze do filmów oraz przede wszystkim płyty. Wraz ze swoim zespołem Grinderman pracuje w studiu nad kolejnym dziełem. Warto przyjrzeć się jednemu z jego ostatnich osiągnięć, które pozwoli zapoznać się z obecnymi fascynacjami muzyka.
Nick Cave & The Bad Seeds to zespół doprawdy niezwykły. Od samego początku działalności (1983) aż do chwili obecnej nie dotknął ich kryzys twórczy. Jakby tego było mało notowania Cave’a i złych nasion wciąż rosną. W 2008 roku mieliśmy okazję zapoznać się z nową, 14. studyjną płytą zespołu, „Dig!!! Lazarus Dig!!!”.
Zanim przejdę do opisywania nowego dzieła grupy, pokrótce nakreślę jej historię, której znajomość pozwoli słuchaczom dojść do tego, dlaczego muzycy nagrali taki, a nie inny album.
Po rozpadzie australijskiej post-punkowej kapeli Birthday Party dwóch kolegów z tamtego zespołu autor tekstów, wokalista i klawiszowiec Nick Cave oraz multiinstrumentalista Mick Harvey postanowiło działać dalej, aczkolwiek pod innym szyldem, by tworzyć muzykę bardziej wyrafinowaną i finezyjną niż wcześniej. Dokooptowali jeszcze paru członków: gitarzystów Hugo Race’a i Blixę Bargelda (lidera ważnej, niemieckiej, eksperymentalnej kapeli Einstürzende Neubauten) oraz basistę Barry’ego Adamsona. W takim składzie jako Nick Cave & The Caveman nagrali swoje debiutanckie EP, „The Bad Seed”. Nazwa zespołu szybko uległa zmianie, jak zresztą skład członków grupy oraz muzyka przez nią prezentowana. Jedynym wspólnym mianownikiem dla wszystkich dotychczasowych wydawnictw jest ich niezmiernie wysoki poziom.
Jednym z punktów zwrotnych w historii kapeli było odejście w 2003 roku jej wieloletniego członka Blixy Bargelda. Wielu zadawało sobie pytanie czy grupa podoła ciężkiemu zadaniu, jakie przed nią postawiono. Niemiec był niezmiernie istotną postacią w The Bad Seeds, nie centralną jak Cave, ale bardzo ważną. Wtedy to muzycy nagrali swoje opus-magnum -  dwupłytowe arcydzieło „Abbatoir Blues/The Lyre of Orpheus”. Ten surowy, subtelny i niezwykle energiczny album zyskał nie tylko uznanie krytyków (nagroda magazynu MOJO w kategorii album roku 2004), ale też dobrze poradził sobie na listach przebojów, docierając w Wielkiej Brytanii do 11. na liście albumów, co było dużym komercyjnym sukcesem biorąc pod uwagę specyfikę muzyki Nicka Cave’a & The Bad Seeds oraz to, że wcześniej tylko jednej płycie tej grupy udało się zajść tak wysoko (chodzi o album „Murder Ballads” z 1996 roku, aczkolwiek jego sukces był efektem znakomitej promocji, która opierała się na kooperacji z jedną z największych gwiazdeczek pop Kylie Minogue. Zespół nagrał z nią piosenkę „Where the Wild Roses Grow”, która zajęła wysokie miejsca na listach przebojów na świecie oraz zgarnęła dwie nagrody Australijskiego Przemysłu Muzycznego, w tym dla najlepszego singla roku). Sukces „Abbatoir Blues/The Lyre of Orpheus” sprawił, że Cave nabrał wiatru w żagle. Razem z kolegą z zespołu skrzypkiem Warrenem Ellisem skomponował piękną muzykę do filmu „The Proposition”, która otrzymała nagrodę Australijskiego Instytutu Filmowego, Australijskiego Przemysłu Filmowego oraz Australijskiego Stowarzyszenia Krytyków Filmowych. W 2007 zadebiutował garażowy Grinderman, poboczny projekt Cave’a, w którym swój udział mają koledzy z The Bad Seeds, Warren Ellis, basista i gitarzysta Martyn Casey oraz perkusista Jim Sclavunos. To wszystko co się wydarzyło w ciągu ostatnich pięciu lat miało wpływ na to, co Cave i jego koledzy grają teraz i jaki materiał nam zaprezentowali. Po pierwszym przesłuchaniu byłem troszeczkę rozczarowany, ale teraz z całą świadomością i świętym przekonaniem mogę stwierdzić, że „Dig!!! Lazarus Dig!!!” to jeden z kandydatów do tytułu płyty roku (MOJO po raz kolejny nie miało wątpliwości, że ta nagroda się artystom należy).

dig lazarus dig
Nick Cave inspiruje się wieloma rzeczami przy pisaniu swoich utworów, aczkolwiek w głównej mierze jest to literatura. W licznych artykułach poświęconych artyści najczęściej pojawiające się hasła to Dostojewski, Nabokov oraz Pismo Święte. To właśnie Pismem Świętym się inspirował, gdy nadawał tytuł nowej płycie zespołu, Powstań, Łazarzu, Powstań!!! (Ewangelia J 11,3-7.17.20-27.33.B-45). Jak twierdzi artysta historia największego cudu Chrystusa niegdyś spędzała mu sen z powiek i do dzisiaj wywołuje w nim niejasne emocje. Dlatego też napisał piosenkę o Łazarzu, której postać umiejscowił w Nowym Jorku. Zmartwychwstały Łazarz ma być też dla wszystkich słuchaczy duchowym przewodnikiem po nowej twórczości zespołu, która co przyznał sam artysta nie tak wiele wspólnego z zagadnieniami wiary, przynajmniej nie tyle co dawna. Hałaśliwa partia gitarowa w utworze tytułowym przywołuje klimat dawnych The Stooges , a bliski melodeklamacji śpiew, który na samym początku mnie tak odrzucił przypomina to co robił Eric Burdon z zespołem War w utworze „Spill the Wine” z 1970 roku. To nie jedyne odwołania muzyków do muzyki z lat 60. i początku lat 70. Słychać wpływy Captain Beefharta oraz The Doors. Najdobitniejszym przykładem na wpływ stylu gry klawiszowca The Doors Raya Manzarka na brzmienie tego albumu są kawałki, „Today’s Lesson” oraz „Midnight Man”.

Wielu dziennikarzy zauważyło, że grupa brzmi trochę inaczej niż wcześniej, zdecydowanie ostrzej i gitarowo niż dotychczas. Nie sposób się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Na pewno wpływ na to miał, poboczny projekt muzyków The Bad Seeds - Grinderman. „Dig!!! Lazarus Dig!!!” nie jest jednak płytą tak garażową jak „Grinderman” (nawet najostrzejszemu „Albert Goes West” trochę brakuje do bezkompromisowości Grindermana), a ortodoksyjnym fanom, lirycznego wcielenia Cave’a album też powinien przypaść do gustu, bo znajdziemy na niej takie perełki, jak „Hold on to Yourself”, najbliższe balladom z chwalebnej przeszłości, „Jesus of the Moon” oraz autobiograficzne „More News From Nowhere”, w którym Cave przywołuje duchy kobiet z przeszłości (miss Polly – PJ Harvey, Alina – Anita Lane, Deanna?),  przypominające klimat, genialnego albumu „Tender Pray” (zresztą zbudowane jest to na podobnym do „Deanna” riffie).
To płyta niewiarygodnie równa, trudno jest wyróżnić najlepszy jej fragment. Dla niektórych będzie to wspomniane cudo „Jesus of the Moon”, dla innych bliźniaczo podobne do kawałków z poprzedniego dzieła „Moonland”, a dla jeszcze innych, żwawe, rozpędzone, pełne nadziei, wesołe, „Lie Down Here (&Be my Girl)”. Jakiegokolwiek kawałka by nie wyróżnić, jeden utwór odstaje zdecydowanie od innych. Chodzi o hipnotyczny, klaustrofobiczny kawałek, „Night of the Lotus Eaters”, w którym dominującą rolę odrywa nerwowa linia basu, rodem z Quake’a oraz delikatne, ledwo zauważalne świszczenie skrzypiec Ellisa, podkreślające grobowy klimat.
Słowem „Dig!!! Lazarus Dig!!!” to świetny album, który znalazł wielu nabywców. Sprzedaż może nie jest imponująca, ale 4. miejsce na Brytyjskiej Liście Przebojów jest najwyższym w karierze muzyków.

Autor tekstu: August Ciechociński

środa, 27 lipca 2011

Red Hot Chili Peppers - zespół na topie

Sprzedali ponad milion albumów, każdy ich występ przyciąga dziesiątki tysięcy wielbicieli, pobili rekord ilości wydanych singli, które trafiły na pierwsze miejsca notowań. O kim mowa? O Red Hot Chili Peppers – grupie muzycznej, która podbiła świat. Jednak ich sukces nie nadszedł z dnia na dzień.
Logo RHCPPrzeszli przez istne piekło, doświadczyli znacznie więcej niż jakikolwiek inny zespół. Ale zacznijmy od początku. Narodzili się w 1983 roku jako Tony Flow and The Miracously Majestic Masters of Mayhem. Mieli dać tylko jeden występ – nie jako band, ale jako grupa dobrze bawiących się przyjaciół. Publice jednak tak się ich żywiołowość spodobała, że postanowili potraktować zespół na poważnie. Już pod nazwą Red Hot Chili Peppers (czyli w skrócie RHCP) otrzymali od EMI America kontrakt na aż 7 albumów! Pierwsze trzy, choć każdy następny coraz lepszy, nie przyniosły im jednak zasłużonego rozgłosu. Ich muzyka po prostu nie przystawała do lat 80tych. W czasie, gdy przygotowywali sie do nagrań czwartego, tragicznie zmarł gitarzysta Hillel Slovak – przedawkował heroinę. Cios był tak potężny, że bębniarz Jack Irons nie wytrzymał psychicznie i trafił do szpitala psychiatrycznego. Nieprędko doszedł do siebie. Później usłyszeliśmy jeszcze o jego nagraniach z Pearl Jamem. Przez kilka tygodni dalsze losy kapeli wisiały na włosku. Lider zespołu Anthony Kiedis i gitsrzysta Flea postanowili jednak dzielnie przeć naprzód w nadziei, że uda im się kontynuować to, co zbudowali razem z Hillelem. Chwilę grali z czarnoskórymi muzykami. Jeden z nich wywodził się z P-funku Georga Clintona. Przekonali sie jednak, że nie szukają wirtuozów, ale przyjaciół, którzy zapewnią im braterstwo. Przyjęli młodziutkiego Johna Frusciante. Choć chłopak nie grał do tej pory funku, szybko nauczył się jak brzmieć dobrze przy boku Flea. Na bębny załapał się wybrany w castingu Chad Smith.
Okładka Blood Sugar Sex MagicW takim składzie nagrali Mother's Milk, ich pierwszy krążek z sukcesami. Nie byli do końca zadowoleni z tej płyty, szczególnie Ferusciatne. Producent Michael Beinhorn, zwany sierżantem, chciał mieć za wszelką cenę hit i zmuszał chłopaków do silnego przesterowanego brzmienia wzorem popularnych na przełomie lat 80 i 90 bandów (np. Guns n' Roses). Słuchaczom jednak wydawnictwo się spodobało, a szczególnie piosenki 'Knock Me Down' i cover Steviego Wondera 'Higher Ground'. Wkróce panowie otrzymali propozycję od Warner Bros. Trzeba było zerwać dotychczasowy kontrakt z EMI, ale ten przykry obowiązek wzięło na siebie kierownictwo WB. Pod okiem nowego producenta Ricka Rubina powstał piąty, przełomowy album Blood Sugar Sex Magik. Perfekcyjnie zmiksowane arcydzieło, które wydało pierwszy hit z prawdziwego zdarzenia 'Under The Bridge' i sprzedało się do dziś w ilości 13 milionów. Niestety idyllę przerwało odejście Johna w czasie trasy koncertowej. Już od pewnego czasu nie dogadywali się z Anthonym. Frusciante wrócił do domu, zamknął się tam i zaczął tworzyć solowo oraz malować, ale co najgorsze.. przyjmować ogromne ilości narkotyków. Na zachowanych wywiadach z tamtego czasu wygląda jak żywy trup. Z czasem stracił zęby i włosy. W końcu narkotyki doprowadziły go do śmierci klinicznej.W międzyczasie RHCP wydali swoje najmroczniejsze dzieło 'One Hot Minute' z Dave'em Navarro na gitarze. Płyta spotkała się z mieszanymi opiniami i nie powtórzyla sukcesu poprzednika. Hotsi zostali zepchnięci z podium. Ale w 1998 roku powrócił John i wraz z nim nagrali kolejne arcydzieło – Californication. O wiele już więcej było w ich graniu rocka alternatywnego niż funku. Fani pokochali nowe dziecko. Do dziś płyta sprzedała się najlepiej z ich wszystkich dokonań, w liczbie 15 milionów egzemplarzy. Później powtórzyli sukces komercyjny krążkiem By The Way, na którym poszli w stronę eksperymentowania z klimatami pop rockowymi. W 2004 roku zagrali 3 koncerty w londyńskim Hyde Parku, było to największe tego typu wydarzenie w historii muzyki. W 2006 roku ukazał się dwupłytowy album Stadium Arcadium, którym raz jeszcze potwierdzili swoją klasę. Niestety w roku 2008 John ponownie postanowił opuścić band. Sam zaproponował następcę – swojego długoletniego przyjaciela Josha Klinghoffera, z którym znali się też pozostali członkowie. Z niecierpliwością oczekujemy teraz na ich kolejny, fantastyczny album. Zobaczymy, co wniesie do ich muzyki świeża krew.

Autor artykułu: Robert Kolman

wtorek, 26 lipca 2011

Lata mijają a fascynacja muzyką pozostała.

Fascynacja muzyką , w moim przypadku można to nazwać miłością ( Music my love ) albo wręcz nałogiem.  Dobrze że jest to jeden z tych zdrowych nałogów a nie ten zabójczy. Skojarzyło mi się z nałogiem ponieważ, jak już pewnie większość z nas wie, odeszła do wieczności Amy Winehouse . Wspaniała wokalistka, miniaturowa, filigranowa dziewczyna, obdarzona tak wielkim głosem i swobodą z jaką z tego głosu korzystała, pozwala stawiać ją w gronie najlepszych wokalistek 21-go wieku. Niestety nie usłyszymy już jej nowych nagrań, trzeba cieszyć się tym co nam po niej pozostało. Powiększyła grono wielkich artystów, którzy odeszli zbyt wcześnie. Pamiętamy przecież jak młodo umarli Jim Morrison, Janis Joplin, John Lennon, Bob Marley, Kurt Cobain i wielu innych. Znów zadajemy sobie pytanie bez odpowiedzi : dlaczego tak wielcy artyści opuszczają ten świat w tak młodym wieku?
Wielcy muzycy odchodzą, ale fascynacja ich muzyką niech pozostanie i trwa...